Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach

Музей Малой Бацькаўшчыны ў Студзіводах

Igor Zakrzewski "Trzy Światy"

Sto lat temu, w soborze Isaakijewskim w petersburgu student Włodzimierz Zakrzewski z Bielska Podlaskiego oraz studentka Eustolia Burmakina z Matigorów koło Archangielska wzięli ślub.

Wielka miłość, której nic nie było w stanie zniszczyć - wojna, lata rozłąki, wielkie rozstanie, już na zawsze. Włodzimierz - wrażliwy i nieustępliwie wierny swoim wartościom. Eustolia - nieustraszona, zapobiegliwa strażniczka ogniska domowego. To od niej Autor słyszał niekończące się opowieści o dalekiej Dwinie i tajdze. Potem, na zesłaniu, porównywał je z realiami ałtajskiej przyrody.

Bielsk lat dziecinnych, Rosja północna i Ałtajski Kraj - te trzy światy ukształtowały wrażliwośc i świadomośc Autora. O wszystkich swych światach pisze obrazowo i odkrywczo. Do tej powieści chce się wracać nie raz.

Fragment książki

Część I
ROSJA PRZED I PO REWOLUCJI, GRAJEWO I BIELSK PRZED WOJNĄ
1888 - 1939

1. Pierwsze wrażenia

Najpierwszym – jak myślę – moim wrażeniem było, że znalazłem się na rozświetlonej przez słońce przestrzeni. Widziałem niebo. Doznawałem rozkoszy, roztapiałem się w szczęściu. Pewnie – jak to teraz widzę – leżałem w wózku wytoczonym na werandę. Oczy chłonęły światło, wokół były kwiaty. Może nasturcje? Odczuwałem to tak ostro, jakbym pierwszy raz w życiu znalazł się na słońcu i wśród zieleni. To była błogość. Ale czy jest w ogóle możliwe, by taka rzecz mogła się wyryć w pamięci paromiesięcznego dziecka? (Urodziłem się 27 kwietnia, a na werandzie były letnie kwiaty).

Urodziłem się nie w Grajewie, gdzie mieszkali w 1927 roku moi rodzice, lecz w Białymstoku, w szpitalu. Wtedy nie było raczej na Podlasiu klinik położniczych, rodzące kobiety mogły liczyć jedynie na pomoc znanej w okolicy babki, w najlepszym razie akuszerki. Mama jednak po przyjeździe z głodującej Sowieckiej Rosji była chora, miała suchoty. Ojciec przewiózł ją do wojewódzkiego miasta, a po rozwiązaniu musiała długo leczyć się w sanatorium Mama mówiła mi potem, że już u progu życia zostałem oddany pod opiekę obcej kobiecie. Gdy po dwóch czy trzech miesiącach mama zobaczyła mnie znowu, była przerażona. Opiekunka okazała się nieporozumieniem. Byłem brudny, cierpiący na biegunkę, leżałem wrzeszcząc wniebogłosy, spowity w łachmany, w ciemnym pomieszczeniu, ponurej norze. Wychudłem. A przecież jako noworodek prezentowałem się doskonale, ważyłem cztery i pół kilo. Nie wiem, dlaczego ojciec mnie nie dopilnował. Było to jednak do niego podobne. Zaufał mamce – przecież kobiety wiedzą lepiej, czego dziecku potrzeba. Nigdy nie miał praktycznego zmysłu, całe życie bujał w obłokach.

Jestem przekonany, że pobyt na werandzie był pierwszym moim kontaktem z żywym, pięknym światem. Później długo mnie leczono i przez pierwsze dziesięć lat życia znaczną część czasu przeleżałem w łóżku, cierpiąc na coraz to nowe choroby. Lekarze nie mieli wątpliwości – chorowitość była skutkiem niemowlęcych przygód.

2. Żelazna droga

Zawsze marzyłem o podróżach. Nad moim łóżkiem w Bielsku Podlaskim, dokąd przeprowadziliśmy się, gdy miałem trzy lub cztery lata, wisiała przedrewolucyjna rosyjska mapa Azji. Z niej uczyłem się czytać i już w wieku czterech lat znałem położenie każdej rzeki, państwa, wyspy. Szczególnie bliska mi była wyspa Jawa. Niekiedy nocował u nas komiwojażer handlujący słodyczami, artykułami kolonialnymi. W miasteczku był со prawda hotel, lecz nocując u nas można było poczynić oszczędności. Zdarzało się, że gość płacił czekoladą, chałwą, przyjeżdżał z walizeczką pełną próbek towarów. Przy czym opowiadał, że po herbatę jeździł na Jawę, a kupował ją, przedzierając się przez dzikie dżungle pełne tygrysów.

Szczególną magię miała dla mnie kolej. W Grajewie mieszkaliśmy w domu pani Kulabko. Musiał być położony niedaleko przejazdu kolejowego. Mama opowiadała o przygodzie, jaka spotkała mnie, gdy jeszcze raczkowałem. Może to było jesienią 1928 roku? Moja niania i przyszła matka chrzestna, Munia – Maria Cudna, nie dopilnowała mnie – zniknąłem z domu. Wszczęto poszukiwania. Odnaleziono mnie za szlabanem, siedzącego na torach. Przypełzłem tu oczywiście na czworakach. Później – pamiętam to do dziś – Munia prowadzała mnie na spacer do wysokiego przejścia nad torami. Z góry oglądaliśmy zgrzytające hamulcami, buchające parą lokomotywy, manewrujące po stacyjnych torach.

Jeszcze później, w Bielsku, mieszkaliśmy przy ulicy Kościuszki – też niedaleko kolei. Za naszym długim ogrodem, za rzędem wierzb była ulica Polna (dziś Żeromskiego) – w istocie była to polna droga, za którą ciągnął się szeroki pas pastwisk, a dalej horyzont wykreślony nasypem kolejowym. W tym kierunku często patrzyliśmy z mamą, która lubiła obserwować zachody słońca. A ja tę stronę świata lubiłem ze względu na kolej. Do stacji były stąd jeszcze dwa kilometry, więc pociągi przejeżdżały przez ten odcinek kolei Białystok – Brześć z pełną szybkością, wyrzucając kłęby dymu, głośno turkocząc kołami, przeraźliwie gwiżdżąc. Dźwięków tych nie słyszało się za dnia, gdy zagłuszały je stukot kół furmanek po bruku, pianie koguta, ludzkie rozmowy i krzyki bawiących się dzieci, w tym moje własne. Ale syreny lokomotyw budziły mnie w nocy i śniło mi się, że jadę w daleki świat.

Cóż dziwnego, że później, jako trzynastoletni chłopiec, dwutygodniową jazdę w zakratowanej krytej węglarce na Syberię odczuwałem jako wspaniałą przygodę życiową.

3. Podróże wirtualne

Mój tata chyba też miał duszę obieżyświata. Ciągnęliśmy z nim długie rozmowy o pieszej wędrówce przez całą Polskę – od zielonych na mapie podlaskich równin do brązowo zabarwionych Karpat. Toczyliśmy przed sobą – jak bielski lodziarz Guzik Perec – wózek, który był załadowany wszystkim, czego potrzebowaliśmy w drodze. Obliczaliśmy, ile i jakiego prowiantu trzeba wziąć ze sobą, jakie przedmioty będą potrzebne w podróży. Oczywiście, z kompasem na czele.

Później informacje, przeczytane w pożyczonym nam przez kogoś magazynie „Illustrirowannaja Rossija”, skłoniły nas do gruntownej zmiany celu podróży. To rosyjskie pismo wydawane w Paryżu przedstawiało możliwości emigracji do Paragwaju. Ojciec od lat pozostawał wówczas bez pracy – nie mógł już wykładać w Grajewie, a to przez nieukończone studia wyższe. I tak na jednej szpalcie kładliśmy argumenty za przesiedleniem się do tego kraju, na drugiej – przeciwko. Zapamiętałem tylko te pierwsze. Płynęło się statkiem przez ocean. Na miejscu władze przydzielały grunt do założenia gospodarstwa. Właściwie można było dostać tyle ziemi, ile się chciało. Kłopot polegał tylko na tym, że trzeba było wytrzebić zarastające ją dżungle. Do tego służyły siekiera i ogień, a niezbędnych narzędzi, jak i ziemię dostarczał za darmo rząd paragwajski. Wyobrażaliśmy sobie, że dostaniemy od niego także krowę, drób. Zbudujemy dom i oborę. A jak dorosnę, poślubię piękną Paragwajkę Enrilo (była to nazwa popularnej wówczas namiastki kawy, znanej nam z pobliskiego sklepiku Chilkina). Paragwajowi poświęciłem pierwszy napisany przeze mnie wiersz, dedykowany naszej dochodzącej służącej, pięknej Nasti. Pamiętam tylko pierwsze słowa: „Nastia, Nastia dorogaja, skolko wiorst do Paragwaja, stolko ja tiebia lublu”. Zdarzało się, że Nastia opalała się topless na naszej łączce za domem, nie krępowała ją moja obecność. Ale mama tego nie lubiła, podejrzewała, że to widowisko Nastia urządza dla taty…. Tu kilka słów wyjaśnienia. Dlaczego pisałem wiersze po rosyjsku i czytałem rosyjskie mapy? Jestem dwujęzyczny. Odkąd siebie pamiętam, w domu mówiłem po rosyjsku, a na ulicy i w szkole po polsku. Z prawosławnymi kolegami z klasy także poza szkołą mówiło się po polsku, chociaż w domu oni mówili w miejscowym dialekcie – po swajomu. Pisać po rosyjsku nauczyłem się układając drukowanymi literami listy do Dziadka Mroza, który miał odwiedzić nas podczas wigilii. Tata Włodzimierz poznał mamę Eustolię, córkę wiejskiego proboszcza prawosławnego z dalekiej północy, tuż przed pierwszą wojną światową, w czasie studiów obydwojga w Petersburgu. Sam zresztą mimo polskiego nazwiska uważał się za Rosjanina, jak i jego ojciec, także Włodzimierz, radny miejski w 1869 roku, burmistrz Bielska w latach 1878-1889, gdy był ponownie wybrany, lecz nie został zatwierdzony przez wyższe władze. Jest też prawdą, że jego matka a moja babcia była bezkompromisową polską patriotką. Ale o tym później.

A jak potoczyły się w rzeczywistości losy rosyjskich emigrantów tego zaciągu w Paragwaju, dowiedziałem się całkiem niedawno. Rząd rzeczywiście przydzielił im działki nad którąś z rzek. Wysadzono ich ze statku w tropikalnym lesie i pozostawiono samym sobie. Połowa wymarła, inni trafili do miast, gdzie prowadzili żebraczy żywot. Czasem lepiej snuć marzenia o podróżach, niż podróżować... [...]

7. Dziadek z Bielska

Bielski dziadek Włodzimierz Zakrzewski pochodził z urzędniczo-inteligenckiej rodziny, zasiedziałej w Bielsku od co najmniej XVII wieku. Pierwszym, znanym przodkiem był Wasil Zakrzewski, w II połowie XVIII wieku pełniący funkcję pisarza wójtowskiego oraz radnego miejskiego. Jego dom znajdował się na ulicy Kościuszki, dawniej noszącej nazwę Kłopotowskiej, a potem Brańskiej. Z zachowanej lustracji Bielska z 1779 r. wynika, że pierwotna posesja Zakrzewskich nie znajdowała się nie tam, gdzie stały nasze dwa domu w okresie międzywojennym. Dawny dom rodowy znajdował się nieopodal kościoła farnego, naprzeciwko domów naszych kuzynów Tokarzewiczów. Więcej, z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że dom Bazylego Zakrzewskiego, dziadka mego dziadka, stoi do dziś (dom komunalny przy ul. Kościuszki nr 7). Przypadkowo, to właśnie przy nim sfotografowałem się, gdy w 2010 r. odwiedziłem miasto mego dzieciństwa.

Znawca bielskiej genealogii Arseniusz Artysiewicz ustalił, że synem Bazylego Zakrzewskiego był Wawrzyniec (Ławrentij). Ten z kolei wydał na świat Adama i Pawła, mego pradziadka. Wszystkich ochrzczono w cerkwi Narodzenia Bogarodzicy (Preczystieńskiej), której rodzina Zakrzewskich była parafianami. Paweł Zakrzewski (1812-po 1851) ożenił się z Ludwiką, wyznania rzymskokatolickiego, z którą miał trójkę dzieci: Mikołaja, Marię i Włodzimierza. Ten ostatni to mój dziadek.

Włodzimierz Zakrzewski (1842-1907) kontynuował urzędnicze tradycje rodzinne, przy tym najwyżej wspiął się po szczeblach kariery miejskiej. Po swoim powinowatym Bazylim Tokarzewiczu, ojcu polskiego pisarza i dziennikarza Józefa Tokarzewicza „Hodiego”, odziedziczył stanowisko „gorodskogo gołowy” (przewodniczącego rady miejskiej Bielska). Stanowisko to piastował przez wiele lat, ciesząc się zaufaniem, zarówno radnych, jak i mieszkańców.

W styczniu 1880 r. doszło jednak w Urzędzie Miejskim do przykrego incydentu, który musiał kosztować dziadka wiele nerwów i zdrowia. Z kasy miejskiej skradziono ogromną na owe czasy sumę 9076 rubli, w większości uzyskanych ze sprzedaży Lasu Miejskiego. W tym czasie dziadek leżał w łóżku ze złamaną nogą. Cień oskarżenia padł na jego współpracowników z Zarządu Miasta: Jana Antychowicza, Leona Tokarewicza i kasjera Michela Mazję.

Grupa mieszczan z Mikołajem Wrzecionko na czele, 2 lutego 1880 r. złożyła do gubernatora list, w którym pisali: „Katastrofa, jaka nawiedziła Bielsk... nie jest nieznana Ekscelencji... Oczywiście, zatajanie pieniędzy od społeczeństwa i różne matactwa ze strony dumy zdarzały się od dawnych czasów raz po raz, nie były one jednak tak spektakularne i ujęte w postać prawną, co nie było dla ciemnego ludu zauważalne, ale tak bezczelny postępek, jak kradzież ponad dziewięciu tysięcy rubli srebrem, otwarła oczy nawet najbardziej ślepym ludziom i zmusiła do poważnego spojrzenia na sprawy”.

Przeprowadzone śledztwo udowodniło winę kasjera Michela Mazii, wszak wątpliwą. Ten z kolei oskarżał czterech żydowskich cieśli. Jak dowiedział się Mazia od rabina Jelina, wieczorem w dniu kradziezy rzemieślnicy ci przyszli do szynku Singera, gdzie zażądli dla siebie osobnego pokoju i wypitki. Jednak żona i teściowa szynkarza podpatrzyły przez szparę w ścianie, że dokonywali oni podziału pieniędzy. A nazajutrz nieletni syn Singera jakoby znalazł w tym pokoju kupon 25-rublowego banknotu. O wszystkim tym pobożny szynkarz powidomił rabina. Z kolei sprawnik (naczelnik policji powiatowej) Ryczkow stwierdził, że szynkarz Singer został przekupiony przez kasjera zarządu miejskiego sumą 400 rubli...

Mimo poważnych wątpliwości radnych miejskich, sąd jednak skazał Mazję na dwa lata pozbawienia wolności i częściowe spłacenie sumy. Jeszcze kilka lat Duma Miejska starała się dociec sprawiedliwości. Włodzimierz Zakrzewski pozostawał poza oskarżeniami. Jedynie jego koledzy z Zarządu – Antychowicz i Tokarewicz musieli spłacić inną część brakującej sumy. W 1889 r. sprawę ostatecznie zamknięto. Dziadek był ożeniony dwa razy. Pierwsza jego żona Maria urodziła mu czwórkę dzieci: Nadzieję, Marię, Włodzimierza i Zinowię. Po śmierci Marii Włodzimierz Zakrzewski ożenił się z Antoniną, z którą mieli trójkę dzieci: Nadzieję (po mężu Busłowicz), Arseniusza oraz Włodzimierza, mego ojca. Swym majątkiem dziadek godnie uposażył swe dzieci. W 1914 r. potomkowie Włodzimierza Zakrzewskiego posiadali majątek o wartości 5000 rubli. Zamożniejsza od nich była tylko mieszczanka Anastazja Rutkowska (6000 rubli). Jednakowo bogaci, jak Zakrzewscy, byli nasi kuzyni – bracia Jerzy i Jan Ostasiewicze..”

Igor Zakrzewski

  • Tytuł: Trzy Światy
  • Autor: Igor Zakrzewski
  • Język: polski
  • Rok wydania: 2014
  • Cena: 25 zł